„Wszystko w Toronto było dopieszczone.” – Rozmowa z Marcinem Wojtasikiem, dziennikarzem TVP Sport, korespondentem stacji podczas MŚ w piłce nożnej 2026.

Jak w Kanadzie odbierana jest piłka nożna? Jakie wrażenie zrobiła na nim kibicowska świątynia Montreal Canadiens? I co jest na Jego liście marzeń miejsc do zobaczenia w Kraju Klonowego Liścia?
Rozmowa z Marcinem Wojtasikiem, dziennikarzem TVP Sport i korespondentem stacji podczas mundialu 2026 rozgrywanego w Kanadzie, USA i Meksyku.

Marcin Wojtasik nad Wodospadem Niagara. źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika

– Czy to była Twoja pierwsza podróż do Kanady?

– To była moja pierwsza podróż do Ameryki Północnej w ogóle! Spędziłem tam ponad czterdzieści dni, z czego pierwsze dziesięć w Kanadzie, więc mam pełną świadomość, że poznałem zaledwie malutki wycinek tego kraju. Podróż zacząłem w Toronto, bo tam też zaczynał się dla Kanadyjczyków mundial, to tam rozegrali pierwszy mecz. Ponieważ mieliśmy z operatorem robić dla stacji materiały również okołosportowe, pokazujące ludzi i miejsca, wybraliśmy się na dwie krótkie wycieczki.  

W ramach pierwszej udaliśmy się Alvinston, gdzie odbywało się rodeo – zawsze chciałem zobaczyć rodeo – a na drugą wybraliśmy Barrie, na północ od Toronto, gdzie miał miejsce piknik lotniczy. Tu mieliśmy trochę pecha, bo potwornie padało. Przyjechaliśmy na miejsce około południa, pokaz był wstrzymany i dopiero po szesnastej przejaśniło się na tyle, że udało nam się zobaczyć chociaż fragment zaplanowanych na ten dzień atrakcji. Ratowaliśmy się zatem takimi materiałami jak paralive’y, czy przeglądy prasy.  Później spędziliśmy jeszcze cztery dni w Montrealu, a następnie pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych.

Jakie miałeś wrażenia po odwiedzeniu Toronto i Montrealu? Jak porównałbyś te dwa miasta porównał?

– Są bardzo różne. Toronto mi się szalenie podobało. Nowoczesne, zadbane miasto, zwłaszcza centrum i okolice, bo jednak na peryferiach to już się trochę zmieniało, ale tak to zwykle bywa. Miłą niespodzianką było to, że chociaż jest to tak duża metropolia, nie było tam tak przytłaczająco jak w wielkich aglomeracjach w Stanach Zjednoczonych.

Wszystko w Toronto było dopieszczone, ale podejrzewam, że było to jednak związane z mundialem. Wiem, że to miasto zmaga się z niemałym kryzysem bezdomności, natomiast na czas mistrzostwo starano się to zamaskować.
W ścisłym centrum była zorganizowana strefa dla kibiców i tam było już naprawdę sporo bezdomnych. Widząc ich zastanawiałem się jak to musi wyglądać poza turniejem… Mnóstwo ludzi, mnóstwo kibiców, również innych sportów – wiadomo, hokej, ale tu akurat trwała przerwa między sezonami, natomiast na mieście widać było masę fanów baseballowego klubu Toronto Blue Jays.

Toronto w mundialowej gorączce. Źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika

Z kolei Montreal był zupełnie inny. Spędziliśmy tam trzy dni, pierwszy z nich w starszej części miasta, drugiego dnia poszliśmy na pizzę na obiad. Siedzieliśmy w pizzerii i w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że czujemy się jak w Europie. To naprawdę mocno europejskie miasto, dużo daje tu język francuski, ale nie tylko, chodziło też o dostępność europejskich produktów w sklepach. Poszliśmy na zakupy do marketu i okazało się, że mają tam dosłownie wszystko. Oczywiście, w Kanadzie są Walmarty, ale to jednak amerykańska sieć, za to w Montrealu udało nam się ugasić nieco już rosnące w nas pragnienie za bardziej jakościowymi produktami.

Na początku to miasto nie zrobiło na mnie najlepszego wrażenia, ale ostatniego dnia pobytu, gdy udało nam się skończyć pracę nieco wcześniej, zrobiłem sobie kilkugodzinny spacer. Przeszedłem przez historyczną część centrum, dotarłem pod halę Montreal Canadiens, z powrotem wróciłem centrum biznesowym. Okazało się, że to miasto trzeba po prostu zejść, poszukać ciekawych miejsc, usiąść gdzieś na kawę i poobserwować, wtedy moje doświadczenie Montrealu stało się zupełnie inne.

Trzeba też pamiętać, że charakter naszej pracy nie pozwala na typowe zwiedzanie, na to zwyczajnie nie ma czasu, co najwyżej przy okazji – jedziemy gdzieś na zdjęcia i znajdziemy coś fajnego w danej lokalizacji, co uznajemy, że warte będzie nagrania. Tak było na przykład w przypadku wodospadu Niagara, który zrobił na nas piorunujące wrażenie, zwłaszcza huk wody, która przelewa się tam w każdej minucie w ogromnej ilości. Koniecznie chcieliśmy mieć z takiego miejsca wejście na żywo i to się udało.

Z Montrealem wiąże się też jedno z fajniejszych wspomnień z tego wyjazdu. Nie było tam żadnych meczów, przez co akcentów piłkarskich było jak na lekarstwo, ale jest to miasto hokeja. Odwiedziliśmy kibica Canadiens, Sunila Peetusha, który jest dobrze znany w tym środowisku, ma bodajże największą prywatną kolekcję pamiątek oraz gadżetów związanych z the Habs i organizuje sporo eventów związanych z klubem, udziela się też charytatywnie. Pojechaliśmy do niego do domu, mieszka nieco pod Montrealem i wpuścił nas do swojej gigantycznej piwnicy urządzonej na – nie przesadzam – świątynię Canadiens. Poznawanie takich osób to jeden z najfajniejszych aspektów mojej pracy!

Świątynia Montreal Canadiens w domu Sunila Peetusha. Źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika

Wiadomo, że Kanada to przede wszystkim hokej, ale rozmawiamy przy okazji Twojej pracy podczas mundialu, zatem ciekawa jestem, czy tą piłkarską atmosferę w Toronto tworzyli bardziej mieszkańcy miasta, czy przyjezdni kibice?

– To jest tak multikulturowy kraj, że aż ciężko powiedzieć… Kiedy byliśmy w centrum to widzieliśmy ogrom ludzi ubranych w koszulki reprezentacji swoich krajów, trudno jednak stwierdzić, czy byli to Kanadyjki i Kanadyjczycy mający takie albo inne pochodzenie, czy kibice, którzy przyjechali na turniej z innych krajów. Na pewno mnóstwo Kanadyjczyków chodziło na mecze swojej reprezentacji, robili wówczas prawdziwe pochody przez miasto, ale porównując Kraj Klonowego Liścia i Stany Zjednoczone, to uważam, że w USA kultura piłki nożnej jest na ten moment bardziej rozwinięta.

Owszem, słyszałem, że piłka jest w Kanadzie coraz bardziej popularna, mówiono mi, że to w zasadzie sport pierwszego wyboru w szkołach, ale to również dlatego, że w tej dyscyplinie jest niski próg wejścia. Hokej to oczywiście numer jeden, ale jeśli dziecko chce grać w hokeja, to trzeba mu kupić sprzęt, który nie jest tani, zaś w nogę można tak naprawdę grać wszędzie, wystarczy mieć tylko odpowiednie buty.

Kanada piłki uczyła się w trakcie mundialu zaś na poziom profesjonalny dopiero tak naprawdę się wznosi. Rano, zanim wyjeżdżałem na zdjęcia, włączałem sobie telewizję śniadaniową i do dziś pamiętam moment, w którym prowadzący tłumaczyli widzom na czym polega spalony, i kiedy w piłce nożnej interweniuje sędzia. Mnie to trochę rozbawiło, ale to też pokazywało, że Kanada żyje mundialem, że jest ciekawość tego sportu.

W Toronto mundial był widoczny dosłownie na każdym rogu, w każdym barze były telewizory pokazujące mecze. Zresztą, to byli chyba jedyni gospodarze turnieju zadowoleni ze swojego wyniku sportowego, bo Meksykanie i Amerykanie liczyli na więcej. Kanadyjczycy słusznie uważali, że ich kadra zagrała swoje maksimum i pokazała się z fajnej strony.

Jak to będzie dalej wyglądało, nie wiem, bo poza trzema klubami, które grają w MLS, poziom klubowej, zawodowej piłki w Kanadzie najwyższy nie jest. Byłem na meczu Interu Toronto to nawet miejscowi określali to jako trzecią ligę europejską, mają więc nad czym pracować. Mam jednak wrażenie, że jeżeli dla kogoś ten mundial był takim pozytywnym, piłkarskim kopem, to właśnie dla Kanadyjczyków.

W Stanach byłem w Bostonie, Nowym Jorku, Miami oraz Atlancie i tam zdecydowanie piłce nożnej poświęca się dużo więcej uwagi. Są choćby sklepy sportowe z dużym wyborem futbolowego asortymentu. Odniosłem też wrażenie, że Amerykanie lepiej znają się na piłce. Doświadczyłem różnic organizacyjnych. Kiedy w Toronto poszliśmy na pierwszy mecz, zdziwiło mnie to, że aby wejść na stadion trzeba kawałek przejść od bramy a na kilka godzin przed meczem nie mieliśmy problemu, żeby zaparkować auto pod samym obiektem. Akurat z perspektywy dziennikarza sportowego to było super, bo przecież trzeba iść na stadion z dużą ilością sprzętu, jednak w Stanach wszystko w dniu meczu było pozamykane, włącznie z ulicami, nigdzie nie szło się dostać bez przepustki, a jak nie miało się wjazdówki, to auto trzeba było zostawić daleko od stadionu.

Odniosłem też wrażenie, że amerykańskie stadiony były większe, że na mecze chodziło więcej ludzi, zwłaszcza w Bostonie. Pierwsi kibice pojawiali się na tamtejszym obiekcie na kilka godzin przed spotkaniem, ludzie siedzieli w sklepach i restauracjach wokół niego, do tego telewizje, np. Fox, miały swoje studia na stadionach, wychodzili do ludzi, którzy rozmawiali z mediami, było po prostu inne ożywienie niż w Kanadzie. Myślę, że to wszystko sprowadza się do mundialu z 1994 roku, Amerykanie pamiętają to wydarzenie, ono sprawiło, że mieli więcej czasu niż Kanada, aby oswoić się z piłką i lepiej ją poznać.

Montreal. Źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika

Jak od kuchni wyglądał Twój mundialowy dzień pracy? Jak radziliście sobie z różnicą czasu między wschodnim wybrzeżem Ameryki Północnej a Polską?

– Kiedy ja kładłem się spać, koledzy w Warszawie już pracowali. Dzieliło nas sześć godzin, ale prawdę mówiąc, nie było dramatu. Właśnie ze względu na Europę większość meczów odbywała się wcześniej w ciągu dnia. Kiedy zatem u mnie mecz rozgrywał się od piętnastej, w Polsce była dziewiąta wieczorem. To bardziej w Warszawie były trudności, bo wiem, że cała nasza ekipa pracowała po nocach. Ja wstawałem zwykle o szóstej rano, jadłem śniadanie, potem trochę pracowaliśmy – jechaliśmy na zdjęcia, szykowaliśmy materiały, później się je montowało albo robiło pomiędzy jakieś wejście na żywo i tak nam przeważnie schodził cały dzień.
Na początku faktycznie trzeba było przystosować do różnicy czasu. Z początku musiałem sprawdzać, czy jak zadzwonię do domu to kogoś nie obudzę albo czy koleżanki i koledzy są już w pracy. Potrzebowałem dwóch, trzech dni, żeby się przyzwyczaić, w czym pomógł dobry lot. Wylecieliśmy z Warszawy, bezpośrednio do Toronto i na miejscu byliśmy o piętnastej tamtejszego czasu. Paradoksalnie, mi było chyba nawet łatwiej pracować z tym przesunięciem czasu, bo około dziesiątej czy jedenastej robiliśmy live’y lub paralive’y, a potem wiedziałem, że moja redakcja już się wycisza, bo robi się wieczór i noc, a ja w tym czasie mogę sobie popracować nad czyś innym – gdzieś pojedziemy, coś nagramy, a później to zmontuję.

Czy brakuje Ci czegoś z Kanady po powrocie do Polski?

– To jest mój pierwszy wyjazd, o którym w zasadzie codziennie myślę, i który każdego dnia bardzo dobrze wspominam. To była świetna przygoda, nie mieliśmy żadnej sytuacji kryzysowej czy niebezpiecznej, a zjechaliśmy w zasadzie całe wschodnie wybrzeże. Kiedy jedzie się na przykład do Niemiec, czy w ogóle podróżuje po Europie to po pierwsze absolutnie nie mamy się czego jako Polacy wstydzić, bo przebijamy Europę pod wieloma względami, ale nie czuje się też aż tak wielkiej różnicy. Tymczasem tu jednak byliśmy na innym kontynencie i było to bardzo namacalne.
Z Kanady najbardziej brakuje mi – chociaż jeszcze nie tak do końca, bo trochę sobie przywiozłem – kawy Tim Horton’s. Bardzo ją polubiłem. Na początku myślałem, że te kawiarnie to będzie zwykła sieciówka, jakich nie brakuje na świecie. Pojechaliśmy, poszliśmy do Tima i… póki byliśmy w Kanadzie to kawę piliśmy tylko tam. Te miejsca mają bardzo fajny klimat, jest ich dużo, jest tam przyjemnie. Z Montrealu przywiozłem sobie paczkę kawy o smaku syropu klonowego!

Tom Hortons. Źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika

– Dobrze wspominam uśmiechniętych ludzi, zarówno w Kanadzie jak i w Stanach. Wszędzie spotykaliśmy się z pozytywnym odzewem, z uprzejmością i to bez względu na to, czy było to duże miasto, czy prowincja, sklepy lub restauracja. Gdybym mógł, to z Kanady przywiózłbym otwartość, która pomagała nam w pracy. Kiedy pojechaliśmy do Alvinston, mieliśmy trochę czasu przed samym rodeo, więc wpadłem na pomysł, że poszukamy kowbojskiego sklepu, bo bardzo chciałem sobie kupić kowbojski kapelusz. Znalazłem takie miejsce, Cold Cactus. Weszliśmy tam znienacka, niezapraszani. Właściciela nie było na miejscu tylko dziewczyny, które tam pracowały. Okazało się, że nie ma żadnego problemu, żeby wejść z kamerą, nagrać wnętrze, rozmowę z nimi, żeby spędzić tam trochę czasu. W Polsce, w ogóle w Europie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie podobnej sytuacji, wszystko na pewno trzeba byłoby zawczasu ustalić z szefem, tymczasem ani w Cactusie, ani w żadnym innym miejscu nie mieliśmy najmniejszych problemów z tym, żeby zrobić materiał.

Wejście do sklepu Cold Cactus i zdjęcia z rodeo w Alvinston. Źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika

Wrócisz do Kanady prywatnie lub zawodowo?

– Bardzo chętnie, zwłaszcza, że chciałbym zobaczyć też nieco inną Kanadę. Mój kolega, który był w Vancouver mówił mi, że to niesamowite miasto. Ale chciałbym doświadczyć też tej mniej typowej Kanady, zwiedzić na przykład lądowisko UFO w Albercie albo najsłynniejsze jeziora, liznąć tamtejszej natury. Pojechać wyżej, na północ… Może kiedyś się uda.

Serdecznie Ci tego życzę!

Toronto. Źródło: archiwum prywatne Marcina Wojtasika


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *