Marlene Jean – FRONT ROW FEET

Wywiad z Marlene Jean, Kanadyjką, która od lat, regularnie jeździ po całym swoim kraju na koncerty ulubionych rodzimych zespołów.

Bardzo się cieszę, że mogę przedstawić Wam Marlene, osobę, która żyje kanadyjską kulturą popularną, tym, co dzieje się na tamtejszej scenie muzycznej i uważa wspieranie rodzimych zespołów za swoją pasję i jedną z ważniejszych rzeczy w życiu. Ponadto, Marlene prowadzi na mediach społecznościowych stronę Front Feet Row, na której zamieszcza mnóstwo koncertowych zdjęć i nagrań pokazując jak od kuchni wygląda życie rockowej roadie. Przyznam szczerze – chcę być Nią, kiedy dorosnę.

Marlene Jean, fot. Susan Moss, źródło: Facebook Front Row Feet

– Bardzo Ci dziękuję, że zgodziłaś się na rozmowę. Ja piszę bloga o kanadyjskiej kulturze popularnej, Ty nią żyjesz – rozmawiamy tuż po dwóch koncertach zespołu 54-40, na których byłaś w Vancouver – więc w jakimś sensie fantastycznie się uzupełniamy. Kiedy rozpoczęła się Twoja niesamowita przygoda z klonową muzyką na żywo?

– Zaczęłam jeździć, najpierw po mojej prowincji, [Quebec, Marlene jest z Montrealu – przyp. autorki] za zespołem Too Many Cooks, gdy skończyłam 17 lat. Tak to się wszystko zaczęło. Obecnie, chodzę na koncerty średnio raz na dwa tygodnie, zdarza się jednak, że w trakcie jednego weekendu wybieram się na dwa, nawet na trzy występy.

– Masz swoich ulubionych kanadyjskich artystów?

– Moi ulubieni kanadyjscy artyści to jednocześnie moi ulubieni artyści w ogóle. Jeden z tych zespołów już nie gra, inny rozpadł się na kilka lat i każdy z jego członków zajęty był własnymi solowymi dokonaniami, jeszcze inny grał tylko przez dekadę. The Tea Party, 54-40, Too Many Cooks, Billy Talent, The Damn Truth, Moist, Streetheart… Wspieranie kanadyjskich zespołów jest moją ogromną pasją i czymś, co stoi bardzo wysoko na liście moich życiowych priorytetów.

Jeden z tatuaży Marlene – fot. Instagram Front Row Feet

W Streetheart zakochałam się jeszcze jako sześciolatka i powiem tu pewną ciekawostkę – jestem leworęczna i postanowiłam tego nie zmieniać, żeby być pod tym względem jak Jeff Neil, gitarzysta tego zespołu! Muzyka jest dla mnie ogromnie ważna. Goodbye Flatland, album 54-40 z 2003 roku, bardzo pomógł mi uporać się z depresją poporodową po urodzeniu trzeciego dziecka, z kolei The Tea Party swoimi trzema pierwszymi albumami rozbroili mnie tak, jak żaden inny zespół przed nimi i najpewniej po nich. Kocham ich ogromnie za niesamowity talent, oryginalny, unikatowy styl i charyzmę na scenie, w której z miejsca się zakochałam. Dodam przy okazji, że Stuart Chatwood [basista i klawiszowiec The Tea Party – przyp. autorki] jest moim najulubieńszym muzykiem, mało tego, on i Jeff Pearce z kapeli Moist, zainspirowali mnie, żeby nauczyć się grać na basie!

Dzięki temu, że tak często chodzę na koncert, założyłam Front Row Feet [Stopy W Przednim Rzędzie – przyp. autorki]. Nazwa wzięła się stąd, że bardzo często stoję tuż pod samą sceną i jeszcze w latach 80, czy 90, zaczęłam robić zdjęcia moim stopom przy barierkach, żeby pokazywać potem znajomym, że naprawdę stałam tak blisko! Ech, gdybym nie zarzuciła dziecięcych marzeń pewnie pracowałabym przy organizowaniu tras koncertowych… najbardziej chciałabym się zajmować spotkaniami z kategorii VIP Experience.

– Masz swoich koncertowych ulubieńców?

– Kocham wszystkich, na których występy chodzę, ale szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Billy Talent, bo uwielbiam tę ustawiczną intensywność, która towarzyszy ich występom. Bardzo lubię też Streetheart, chociaż widziałam ich tylko dwa razy. Ich muzyka wywołuje we mnie falę nostalgii i powrót do czasów dzieciństwa, kiedy życie było znacznie prostsze.

– Jakie masz najlepsze koncertowe wspomnienia?

– O, rany, tyle ich jest! Naturalnie, do tej kategorii należy każde poznanie moich ulubionych artystów, uściskanie się z nimi, zamienienie kilku słów, czy zrobienie sobie pamiątkowego zdjęcia. Jednym z najbardziej cennych dla mnie wspomnień było zaproszenie mnie w dniu moich urodzin za kulisy koncertu The Tea Party podczas trasy The Black River Tour. Miałam unikatową możliwość obserwowania ich występu stojąc z boku sceny! Doskonałym wspomnieniem była też podróż do Vancouver, by zobaczyć The Tea Party i 54-40 w ten sam weekend. No i poznanie Jeffa Neila ze Streetheart zeszłej wiosny, po blisko 40 latach czekania na taką okazję. Myślałam, że zemdleję!

– Czy kiedykolwiek wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałaś?

– Och tak, czasami coś się potrafi porządnie wykoleić. Nauczyłam się, by mówić sobie przed wyruszaniem w moje koncertowe trasy, że cokolwiek się wydarzy, koniec końców, wyjdzie na dobre. Najwięcej muzyków poznałam, gdy zupełnie się tego nie spodziewałam, z kolei zawsze jestem trochę zawiedziona, gdy czekam aż wyjdą do fanów i nic takiego nie dzieje, a ja byłam wcześniej przekonana – nie wiadomo w sumie dlaczego – że na pewno tak będzie 😉

– Gdzie najdalej lub najbliżej zdarzyło Ci się jechać na koncert?

– Przejechałam za koncertami cały mój kraj wzdłuż i wszerz, od Nowego Brunszwiku po Vancouver. Nie byłam jeszcze tylko w Nowej Szkocji i w Saskatchewan – miałam w planach tam pojechać, ale pandemia wszystko pokrzyżowała.

– Jeździsz za ulubionymi zespołami od ich pierwszego do ostatniego koncertu na danej trasie, czy wybierasz tylko pojedyncze występy?

– Planując taki wyjazd nie skupiam się na koncertach, na które wiem, że mogę mieć problem, żeby dotrzeć, tylko na tych, które są w moim zasięgu. Jeżeli dana trasa odbywa się latem to jest znacznie łatwiej ją ogarnąć z uwagi na sezon urlopowy, wtedy jestem też koncertowo najbardziej aktywna. Moim marzeniem jest zjechanie za The Tea Party całej Kanady, ale to jeszcze przede mną. Na razie udało mi się ich zeszłego lata zobaczyć na 9 koncertach w 7 różnych miastach, to był mój rekord.

– Widzę, że masz pokaźną kolekcję koszulek zespołów!

– Tak, mam ich prawie 200! A tak wiele straciłam lata temu, gdy zalało mi piwnicę. Kupuję je na każdym koncercie, na którym jestem, najbardziej lubię te w stylu koszulek baseballowych. W latach 90 zaczęłam też kolekcjonować setlisty i teraz mam ich ponad 100.

– Na twoich mediach społecznościowych jest mnóstwo Twoich zdjęć z artystami, za którymi jeździsz. Uśmiechacie się, ściskacie, widać, że jest między wami nić przyjaźni, że czujecie się ze sobą dobrze.

– Tak, z niektórymi z nich, na przestrzeni lat, szczerze się zaprzyjaźniłam. Media społecznościowe pomagają mi być z nimi w kontakcie. Lata temu byłam bardzo nieśmiała i w końcu dotarło do mnie ile mnie przez to omija fantastycznych życiowych przygód i doświadczeń. Teraz już się nie krępuję, ewentualnie czasami bywam jeszcze nieco onieśmielona.

Wszystkie piosenki wybrane przez Marlene 🙂

Dodaj komentarz