
Źródło: oficjalny profil Ambasady na Facebooku
- Co ukształtowało w Pani jako Kanadyjce chęć pracy dla rządu, do zaangażowania się w dyplomację?
– Jako nastolatka miałam dwa główne zainteresowania, jednym z nich była praca dziennikarska, a drugim zaangażowanie w stosunki międzynarodowe. W 1988 roku Kanada była gospodarzem szczytu G7 w Toronto, a ja wygrałam konkurs, w którym nagrodą było dołączenie do grupy młodych ludzi po szkoleniu dziennikarskim i wzięcie udziału w szczycie. To zadanie idealnie połączyło obydwie moje pasje i skutecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że właśnie takie zaangażowanie to to, co chcę robić w życiu.
Ponieważ zawsze interesowała mnie sfera publiczna, pracowałam dla rządu również w różnych innych ministerstwach. Najpierw zaczęłam pracę dla Czerwonego Krzyża, a dopiero później trafiłam do dyplomacji, która wydawała mi się naturalnym wyborem skoro chciałam pracować za granicą.
- A co działo się między szczytem G7 w Toronto a Ambasadą Kanady w Warszawie?
– Wiele, wiele rzeczy. Jako nastolatka wcale nie marzyłam o zostaniu ambasadorką, chciałam po prostu wnieść swój wkład w rozwój mojego kraju. Studiowałam więc stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie w Ottawie, a później zarządzanie na Sorbonie i nauki polityczne w Londynie. To doświadczenie ukształtowało we mnie pragnienie życia za granicą. Pracowałam dla Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża – organizacji, która jest obecna na obszarach objętych konfliktami – w Burundi i na Sri Lance. Późnej poznałam mojego męża i podjęłam decyzję, że wracam do kraju i będę pracować dla rządu Kanady.
Moje zaangażowanie stale rosło i w końcu zostałam oddelegowana do Genewy, gdzie reprezentowałam mój kraj w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych (byłam tam Dyrektorką Generalną ds. praw człowieka i demokracji), pracowałam też w Ambasadzie Kanady w Waszyngtonie. Wszystkie te rzeczy doprowadziły mnie do mojego pobytu w Polsce.

Źródło: Ambasada Kanady w Warszawie
- Czy zmiana rządu w Ottawie wpływa na kadencje ambasadorów i ambasadorek Kanady na świecie?
– Cieszę się, że Pani o to pyta. Po pierwsze, istnieją dwie możliwości zostania ambasadorem bądź ambasadorką Kanady – można tę funkcje piastować w „zwykłym” kraju, albo można objąć stanowisko wysokiego komisarza w państwie, które należało lub należy do Wspólnoty Narodów. To dokładnie ta sama praca, ale inaczej nazywana. W Kanadzie zdecydowana większość stanowisk ambasadorskich jest obsadzana przez zawodowych urzędników i te nie są uzależnione od zmiany rządu w Ottawie. Istnieją jednak wyjątki od tej reguły – są to osoby nominowane politycznie, tradycyjnie zgłaszane m.in. w Waszyngtonie, Paryżu i Londynie.
Jak wspomniałam, kiedy w Kanadzie dochodzi do zmiany rządu, nie dochodzi na różnych szczeblach do aż tak znacznych zmian jak to się na przykład dzieje w Polsce. Oczywiście, na szczeblu ministerialnym następują zmiany, ale inne stanowiska w służbie publicznej pozostają bez zmian, a ludzie ubiegają się o nie na zasadach konkursów, dokładnie tak samo jak ja, kiedy chciałam przyjechać do Warszawy. Ubiegałam się o tę pozycje, jest to praca, której pragnęłam.
- Przyjechała Pani nad Wisłę w 2022 roku. Jak długo trwa kadencja na stanowisku ambasadora/ambasadorki?
– Jeśli pracuje się i mieszka w komfortowym kraju, takim jak Polska – szósta gospodarka Europy – czy Francja lub Niemcy, to kadencja wynosi cztery lata, co jest najdłuższym możliwym okresem. Ale jeśli obejmuje się placówkę w kraju ogarniętym wojną lub w którym potencjalnie można być oddzielonym od rodziny, to taka kadencja prawdopodobnie będzie krótsza.
- Czy to tylko jedna kadencja, czy można zostać dłużej, na przykład na drugą?
– Zdarzają się pewne wyjątki, ale są one raczej losowe i mówimy wtedy o nietypowych okolicznościach. Nigdy jednak nie dostaje się pełnych dwóch kadencji.
- Dlaczego?
– Praca dyplomaty to zasadniczo dwustronny dialog. Moim zadaniem jest przyciągnięcie Polski do Kanady i jednocześnie Kanady do Polski. To musi być droga dwukierunkowa, a jeśli zostaniesz gdzieś zbyt długo, istnieje możliwość, że ta równowaga zacznie się psuć. To ważne, abym poznała Polskę, rozumiała ten kraj i troszczyła się o niego, ale dużo ważniejsze jest, bym chroniła interesy mojego kraju. Właśnie dlatego kadencje są ograniczone czasowo.
- Jak wygląda przeciętny dzień z życia kanadyjskiej ambasadorki w Polsce?
– Praca zazwyczaj odzwierciedla główne kierunki naszej działalności. Jednym z podstawowych obowiązków ambasady jest opieka nad naszymi obywatelami za granicą. Do tego dochodzi tradycyjne zaangażowanie w politykę zagraniczną, co oznacza, że ja i moi koledzy rozmawiamy i współpracujemy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, aby zrozumieć cele polityki zagranicznej Polski i, miejmy nadzieję, wpłynąć na nie w kierunku zgodnym z kanadyjską wizją. Trzeci kierunek działań związany jest z obronnością. Mamy w ambasadzie biuro attaché ds. obrony, który współpracuje z polskimi siłami zbrojnymi. Jestem zaangażowana we wszystkich tych przypadkach.
Od czasu wdrożenia umowy handlowej między Kanadą a UE (CETA) w 2017 roku, handel między naszymi krajami wzrósł o 100%. Oznacza to, że wiele firm, zarówno polskich, jak i kanadyjskich, jest zainteresowanych rozmową z nami. W zależności od wartości kontraktu, mogę być w te sprawy zaangażowana osobiście – na przykład niedawno, kiedy LOT zdecydował się na zakup samolotów Airbus A-220 produkowanych w Kanadzie.
W ambasadzie pracuje około stu osób, co wiąże się również z koniecznością zapewnienia dobrego zarządzania. Często też spotykam się z Polkami i Polakami, bo bardzo zależy mi na tym, by jak najlepiej rozumieć Wasz kraj. I tak właśnie wyglądają moje dni.
- Wspomniała Pani, że brała udział w konkursie, aby dostać tę pracę. Jak to wyglądało?
– Pracuję dla rządu Kanady i mój pracodawca może mnie wysłać niemalże gdziekolwiek. Zadaniem naszego ministerstwa spraw zagranicznych jest znalezienie odpowiedniej osoby na dane stanowisko. Organizacja wewnętrznego naboru wygląda tak, że przedstawiamy swoją kandydaturę, a następnie komisja decyduje o tym, gdzie trafimy.
- Czy taki konkurs wiąże się również z wiedzą kulturową? Czy sprawdzano co Pani wie o Polsce, czy o realiach życia nad Wisłą?
– Już wcześniej znałam kilka osób polskiego pochodzenia, ponieważ w Kanadzie jest znacząca polska diaspora, to w sumie około miliona osób. Zwracano jednak uwagę na coś innego i dlatego też moja kandydatura okazała się najlepsza. Otóż, kiedy szukano osoby, która miała objąć placówkę w Warszawie, rozpoczynała się właśnie pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę. Ważne okazało się to, że pracowałam wcześniej w krajach objętych konfliktami i mam doświadczenie pracy z uchodźcami oraz osobami przesiedlonymi. Na pewno w konkursie startowali ludzie mający wiedzę o polskiej historii, czy polskim społeczeństwie, ale mogli nie czuć się komfortowo pracując w cieniu wojny. Wówczas sytuacja była naprawdę dynamiczna i niepewna i te argumenty przemówiły na moją korzyść.
Oczywiście, musiałam się wiele nauczyć, wciąż się zresztą uczę, na przykład ciągle pracuję nad moim polskim. Jedyną osobą, na której robi on na razie wrażenie jest mój mąż, ale już z pewnością nie na moich kolegach i koleżankach z ambasady. Cóż, nauka w toku.

Źródło: Ambasada Kanady w Warszawie
- Jakie są proporcje kobiet w kanadyjskiej polityce, również w dyplomacji? Rozmawiałyśmy trochę o tym, kiedy byłam w ambasadzie w czerwcu. Pierwszą rzeczą, która przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o tym zagadnieniu są słynne słowa Justina Trudeau po tym jak powołał swój pierwszy, idealnie parytetowy rząd: „Bo jest rok 2015”.
– W Kanadzie dokładamy wszelkich starań, jeśli chodzi o równość kobiet, ale wciąż mamy wiele do zrobienia. Nadal problemem jest równość płac, czy kwestia przemocy wobec kobiet. Jeśli jednak chodzi o zaangażowanie w dyplomację, to jest to obszar, w którym Kanada zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem parytetu płci – obecnie 51% kobiet pełni u nas stanowiska ambasadorek, tymczasem średnia światowa, według najnowszych danych Women in Diplomacy Index wynosi 21%.
Nieco inaczej jest w polityce krajowej. Owszem, w gabinecie premiera Marka Carneya jest idealny parytet, ale w parlamencie jeszcze go nie osiągnęliśmy. W wiosennych wyborach kandydowało około 35% kobiet, a w składzie obecnego parlamentu znalazło się ich 31%, zatem wciąż mamy spore pole do ulepszeń.
Jestem bardzo, bardzo dumna z tego, że w rządzie mojego kraju obowiązuje parytet, a ponad połowa funkcji dyplomatycznych pełniona jest przez kobiety, w tym tych najważniejszych – ambasador Kanady w Waszyngtonie jest kobietą, stałym przedstawicielem Kanady przy UE również, podobnie jak ambasador w Rzymie. Kobiety odgrywają ważną rolę w kanadyjskiej dyplomacji, mamy jednak pełną świadomość, że musimy o to dbać, bo jeśli przestaniemy przywiązywać do tego wagę, sprawy zaczną się cofać.
- Czy jest ktoś, kto Panią inspiruje w Pani pracy?
– Jedna z moich byłych szefowych, Deborah Lyons, została ambasadorką w Afganistanie, później w Izraelu, a następnie objęła funkcję specjalnej przedstawicielki ds. antysemityzmu i pamięci o Holokauście. Miała również naprawdę znakomitą karierę w ONZ. Deborah dała mi bardzo ważną lekcję, że kobiety czasami czują, że muszą być miłe i nie wolno im prezentować swojego stanowiska bardziej stanowczo, bo zostanie to odczytane jako działanie konfrontacyjne. Tymczasem bywa, że zwyczajnie trzeba powiedzieć „nie” mocniejszym głosem i nie można patrzeć na to przez filtr bycia kobietą, bo to zwyczajnie część tej pracy.
Jest wiele Kanadyjek, które w historii dyplomacji mojego kraju odegrały ważne role, na przykład Louise Frechette, pierwsza kobieta na stanowisku asystentki sekretarza generalnego ONZ. Mam też wspaniałych kolegów i koleżanki na najwyższych stanowiskach, którzy są dla mnie ważnym wsparciem.
- Czy praca w dyplomacji wygląda inaczej dla mężczyzn i kobiet?
– Dużo zależy od tego, w jakim kraju się pracuje. Na przykład, jeśli jest się na placówce w Kanadzie lub w Skandynawii, nikt nie będzie postrzegał kobiety jako kogoś „innego”. Ale są państwa, w których role płciowe nadal są sztywne. Kiedy Deborah Lyons została pierwszą kobietą ambasadorem w Afganistanie, siedziała przy stole otoczona wyłącznie przez mężczyzn. Jedna z moich koleżanek, Kristen Hellman, ambasadorka w Waszyngtonie, powiedziała: „Kiedy jestem jedyną kobietą w pokoju, nie myślę, że jestem sama – jestem tam z całym moim zespołem, który składa się z kobiet i mężczyzn, i ci ludzie mnie wspierają. Tak naprawdę nigdy nie jestem jedyną kobietą w pokoju.”.
Mój mąż i ja, jeśli chodzi o to, jak angażujemy się w moją karierę, od początku powiedzieliśmy sobie, że opracujemy własną formułę, że na wszystko znajdziemy nasz sposób, który nam odpowiada.
- Czy on też jest dyplomatą?
– Nie, nie, on ma zupełnie inny zawód, ale chociaż jest bardzo zaangażowanym ojcem, dużo czasu spędza poza domem. Kiedy zatem nasze dzieci były małe, moją obsesją była logistyka – jak zorganizować chodzenie do szkoły, żłobka, ogarnąć sprawy domowe itd. Dzieci jednak adaptują się do sytuacji.

- A propos adaptacji – jak adaptuje się Pani do życia w Polsce? Jakie są Pani doświadczenia z moim krajem?
– Myślę, że mój mąż ujął to najlepiej kiedy powiedział, że Polska nie jest należycie doceniana. Dużo jeździmy po kraju i ciągle jesteśmy mile zaskoczeni. Jedzenie mnie zadziwia, bo oczywiście kiedy przyjeżdża się do Polski, to wiadomo, że będzie się jadło pierogi (moje ulubione to zdecydowanie z kapustą i grzybami), ale różnorodność potraw była dla mnie naprawdę niesamowitą niespodzianką.
Bardzo mi się tu podoba. Zabrałam przyjaciół i rodzinę do Malborka, podróżowałam też na południe. Widziałam góry – byłam w Zakopanem i w Beskidach.
Zanim tu przyjechałam, koledzy i koleżanki mówili mi, że w Polsce bardzo istotna jest historia. Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej rozumiem wyzwania i ból, jakich w przeszłości doznała Polska, widzę też lepiej dlaczego w Kanadzie czasami podchodzimy do własnej historii z większym dystansem – u nas ten temat to tak naprawdę suma doświadczeńwszystkich krajów, które teraz tworzą mój kraj.
- Co kanadyjskiego chciałaby Pani zaszczepić Polakom, a co polskiego Kanadyjczykom? Czego możemy się od siebie nawzajem nauczyć?
– Dobre pytanie. Myślę, że Polska i Kanada mają ze sobą wiele wspólnego w tym sensie, że jesteśmy krajami, w których cenimy podobne rzeczy, takie jak na przykład bycie razem – cenimy rodzinę, chociaż interpretujemy ją w naszych obu krajach nieco inaczej.
Różnica polega na tym, że natura Kanady jest taka, iż oprócz Pierwszych Narodów, tworzą ją ludzie, którzy pochodzą z innych miejsc na świecie. Świadomość tego jest w naszym DNA. Kiedy mój mąż wyemigrował do Kanady dziwił się, że nikt nie zauważa, że gdy mówi ma inny akcent. To dlatego, że u nas wszyscy skądś pochodzą i ta nasza mozaikowa tożsamość bardzo dużo nam daje, a niczego nie zabiera.
Ale dostrzegam wiele podobieństw między Polską a Kanadą. Zauważyłam, że Polacy są niezwykle serdeczni. Być może z początku zajmuje im nieco więcej czasu, żeby zaangażować się w relację, ale kiedy już do tego dojdzie, to wtedy jest to już nie na sto, ale na dwieście procent. Od dawna już wiem, że absolutnie nie jestem w stanie zjeść wystarczająco dużo, żeby zadowolić moich polskich gospodarzy, to jest zwyczajnie niemożliwe!
Są obszary, w których Kanada i Polska mogą naprawdę wiele zrobić razem. Myślę, że mamy wspólne zainteresowania dotyczące tego, jak rozwija się świat. W Kanadzie uważamy, że wsparcie dla Ukrainy jest ważne, rozumiemy, że Ukraina tak naprawdę walczy w imieniu nas wszystkich. Kiedy rozmawiam o tym z moimi rozmówcami w Polsce, czuję, że widzą to tak samo. Myślę, że w 2022 roku Polacy byli niezwykle hojni przyjmując uchodźców, a badania pokazują, że Ukraińcy skutecznie przyczyniają się do wzrostu polskiego PKB.
Kanada była pierwszym krajem, który oficjalnie powitał Polskę w NATO – wiemy, że geografia to przeznaczenie a Polska wie o tym jak mało kto. Mamy wspólne poglądy, dzielimy zaangażowanie geopolityczne i wiem, że tak będzie nadal.
- A czego najbardziej brakuje Pani z Kanady, kiedy jest pani w Polsce?
– Jeszcze jedna rzecz nas łączy – oba nasze kraje muszą sięgać po różne źródła energii, aby ją produkować. Pochodzę z regionu, w którym produkuje się jedną z największych ilości energii wodnej na świecie. Są też części Kanady, gdzie wydobywa się gaz ziemny, mamy również długą, ponad 80-letnią historię energetyki jądrowej. Została nam jedna elektrownia węglowa, ponieważ ciężko pracowaliśmy nad wyeliminowaniem węgla i znalezieniem dla niego alternatyw. Mówię to, ponieważ czasami zimą życie w Polsce bywa dla mnie dość trudne – tęsknię za błękitnym niebem… Kiedy w Kanadzie jest zimno – przepraszam, ale moim zdaniem w Polsce nigdy tak naprawdę nie jest zimno – niebo jest jasnoniebieskie. Adaptacja do Polski nie była trudna, odkryłam, że naprawdę pokochałam ten kraj, ale zimą, kiedy jest dwudziesty trzeci z kolei dzień szarego nieba, tęsknię za skrzypiącym pod nogami śniegiem, świeżym powietrzem i właśnie czystym niebem.

Źródło: prywatne archiwum autorki
- Jaka jest Pani ulubiona drużyna hokejowa?
– Pochodzę z Montrealu, a to miasto jest mekką hokeja na lodzie. Oczywiście jestem fanką Montreal Canadiens. Dorastałam oglądając w telewizji hokej w każdą sobotę wieczorem. Fascynuję się tym sportem, ale to dość powszechne wśród Kanadyjczyków.
- Pytam, bo pamiętam zdjęcia na profilu ambasady na Facebooku Pani z Martą Zawadzką, wiceprezeską Polskiego Związku Hokeja na Lodzie. Czy jest szansa na jakąś współpracę?
– Wiem, że panuje opinia, że Polska to niekoniecznie hokejowy kraj, ale myślę, że pani Marta by się z tym nie zgodziła. Kilka razy byłam w Katowicach i podczas jednej z wizyt miałam szczęście poznać żeńską reprezentację U-18. Na Śląsku zdecydowanie jest apetyt na hokej, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
- Na pewno pomaga tu bliskość Czech i Słowacji.
– Trzeba od czegoś zacząć i można piąć się na północ, prawda? Wiem, że w drużynie, którą poznałam są dwie zawodniczki, które grały w Kanadzie, widać więc że jest tu potencjał. Zanim przyjechałam do Polski, byłam w Galerii Sław Hokeja w Toronto i tam w oknie wystawowym jest polska koszulka. Myślę więc, że nie wszystko stracone.
Czy rozmawiamy z panią Martą? Tak, mamy nadzieję omówić dokładnie kilka kwestii. Hokej może być naprawdę pozytywną ścieżką kariery dla kobiet. Mamy na tym polu niesamowite wzorce do naśladowania – obecnie to na przykład Marie-Philip Poulin, która jest wspaniałą liderką, czy Sarah Nurse, ale przed nimi była na przykład Hayley Wickenheiser. W polskim hokeju kobiet jest miejsce na rozwój osobisty a my chcemy to wspierać. Mamy kilka pomysłów, na przykład na wspólne warsztaty, bo wiemy, jak ważne jest dzielenie się doświadczeniem.

Źródło: Ambasada Kanady w Warszawie

Źródło: profil Ambasady Kanady w Warszawie na Facebooku
- Czy śledzi Pani kanadyjską kulturę popularną? Ma Pani ulubionych artystów, autorów, pisarzy, muzyków? Co lub kogo poleciłaby Pani czytelnikom i czytelniczkom Maple Corner?
– Jest wielu kanadyjskich autorek i autorów, których naprawdę warto przeczytać. Są wśród nich bardzo znane nazwiska jak Margaret Atwood, ale też może nieco mniej popularne, jak Miriam Toews. Ona jest niesamowita! Dopiero co otrzymała Order Kanady, najwyższe cywilne odznaczenie w kraju. Wiem, że kilka jej książek zostało przetłumaczonych na język polski. Inną wspaniałą pisarką jest Kim Thúy, która również otrzymała Order Kanady. Jej dzieła także są dostępne po polsku, przynajmniej niektóre z nich. Ona pochodzi z Wietnamu, mieszka w Montrealu, jest genialną autorką. Warto też wspomnieć o Mordecaiu Richlerze, o Carol Shields, czy Leonardzie Cohenie, który poza tym, że był muzykiem, był również poetą.
Mamy w Kanadzie również bardzo żywą i bogatą francuską stronę naszej kultury, na przykład Dany’ego Laferrière’a, wybitnego pisarza haitańskiego pochodzenia, który zasiada w Akademii Francuskiej we Francji.
Ludzie nie wiedzą, że Nelly Furtado jest Kanadyjką, mogą być bardziej świadomi tego, że Justin Bieber jest, ale może wcale nie… Ale nasza muzyka to nie tylko pop – ostatni laureat Konkursu Chopinowskiego w Warszawie, Bruce Liu, jest Kanadyjczykiem.
- Jakie jest Pani najlepsze wspomnienie związane z kanadyjską kulturą popularną?
Kanada to miejsce, gdzie odbywa się mnóstwo festiwali. Jesteśmy trochę festiwalowymi maniakami. Festiwal jazzowy w Montrealu jest drugim co do wielkości na świecie po Swiss Jazz Fest w Montreux. Dla mnie pójście na festiwal jazzowy to zawsze duża sprawa. Ottawa, znana głównie z budynków parlamentu i najdłuższego, mającego około siedmiu kilometrów długości lodowiska na świecie, również organizuje festiwal jazzowy. W Montrealu odbywa się też zimowy festiwal, podczas którego wszyscy wychodzą na zewnątrz, jest jedzenie i muzyka na żywo. A skoro o jedzeniu mowa, na Zachodzie, a szczególnie w Vancouver, można zjeść najlepsze sushi – równie dobre, jak to w Japonii, wcale nie przesadzam. Zaś na Wschodnim Wybrzeżu przyrządzają najlepsze homary na świecie. Kanadyjska scena kulinarna jest niezwykle różnorodna. I niezwykle pyszna!
Serdecznie dziękuję Przemysławowi Karbowskiemu z Ambasady Kanady w Warszawie za pomoc w zorganizowaniu wywiadu.







