
O nauczaniu języka i kultury polskiej w Kanadzie oraz letnich szkołach w Polsce.
– Magdo, pracujesz na Uniwersytecie Manitoba, uczysz języka polskiego, wykładasz też polską kulturę i historię. Jak się znalazłaś na uczelni? Jaka jest Twoja historia?
– Jestem ze Szczecina, przyjechałam do Kanady w 1995 roku. W Polsce ukończyłam studia polonistyczne, uczyłam języka polskiego w wyższych klasach podstawówki. Po wyjeździe do Kanady kontynuowanie pracy w zawodzie okazało się niemożliwe i musiałam zastanowić się co robić dalej – czy pójść na inne studia? Ale na jakie? W końcu zapisałam się na Uniwersytet Winnipeg, na studia licencjackie z historii. Tęskniłam jednak za zawodem nauczycielki, chciałam do niego wrócić. Tak się złożyło, że na Uniwersytecie Manitoba zwolniło się stanowisko lektora języka polskiego. Przystąpiłam do konkursu i wygrałam – zostałam nauczycielką polskiego na uczelni.
Na początku prowadziłam tylko kursy językowe, na wszystkich poziomach zaawansowania, ale z czasem zauważyłam, że młodzież dopytuje się o zajęcia dotyczące literatury, kultury, czy historii Polski. Słyszałam od niej – Polaków z drugiego, trzeciego, czy wręcz czwartego pokolenia – że język polski jest dla nich szalenie trudny, że wystarcza im jego podstawowa znajomość, za to chcą się dowiedzieć więcej o kraju pochodzenia swoich rodziców, czy dziadków. Tak narodził się mój pomysł kursów polskiej historii i kultury na uczelni, które prowadzę od 2001 roku.
– Jesteś polonistką, ale jednak uczenie języka polskiego za granicą wymaga zupełnie innego podejścia niż praca z ludźmi, dla których jest to język ojczysty. Czy sama opracowałaś metodę swojej pracy, czy dostałaś jakieś ramy od uczelni?
– Niestety nie miałam możliwości udziału w żadnych kursach przygotowujących mnie do prowadzenia takich zajęć. We wczesnych latach dwutysięcznych podręczniki były przestarzałe – powstały w latach osiemdziesiątych, albo i wcześniej, a wówczas metodologia nauki języka polskiego jako obcego była zupełnie inna. W tej chwili wybór książek, podręczników i pomocy dydaktycznych jest ogromny. Na początku przeszłam fazę zawodowego szoku, bo uczyć polskiego Polaków to jest zupełnie inna historia niż uczenie osób, które nie mają na co dzień do czynienia z tym językiem. Musiałam od nowa uczyć się nie tyle gramatyki, ale tego jak ją tłumaczyć, jak wyjaśniać pewne zawiłości. Z początku czerpałam inspirację z zajęć języka angielskiego, na które uczęszczałam przez pierwsze lata życia w Kanadzie. Byłam wówczas jednocześnie osobą uczącą i uczącą się, co było kapitalnym, niezwykle rozwijającym doświadczeniem.
– Kim są twoi studenci? Czy to osoby, które mają polskie korzenie, czy takie, które z jakiegoś powodu zainteresowały się Polską, jej historią i językiem?
– Na początku byli to studenci, którzy mieli jakieś rodzinne związki z Polską, czasem bardzo odległe. Obecnie coraz więcej studentów trafiających na moje kursy to Kanadyjczycy, którzy na przykład studiują na lingwistyce i chcą pogłębić swoją wiedzę o aspekty kulturowe. Prowadzę kursy w języku angielskim, materiały, z jakich korzystam są po angielsku, zatem nie ma żadnego problemu z tym, żeby na moich zajęciach pojawili się studenci wszelkich innych wydziałów, którzy w moim kursie znaleźli dla siebie ciekawy fakultet. Czasami ci studenci zostają i biorą kolejne kursy z polskiego programu, bo mówią, że uczą się na nich czegoś, z czym nigdy wcześniej nie mieli kontaktu. Są też studenci zafascynowani językiem polskim i polską kulturą, bo na przykład mają polskich przodków, albo odkrywają jakieś swoje związki z Polską, albo ich partner, czy partnerka mają takie pochodzenie i ich to zaczyna ciekawić.
Niektóre z moich kursów są ściśle chronologiczne, inne są z kolei bardziej tematyczne. Ostatnio czytaliśmy ze studentami fragmenty Wiedźmina, ponieważ rozmawialiśmy o mitologii słowiańskiej, o polskiej kulturze ludowej, o jej tradycjach. Czytaliśmy Wiedźmina, oglądaliśmy kilka odcinków netflixowego serialu, część studentów znała już tę postać i to uniwersum z gier na konsolach. Staram się wykorzystywać elementy współczesnej polskiej kultury, które będą dla nich atrakcyjne.

– Przyjeżdżasz ze swoimi kanadyjskimi studentami do Polski na letnie kursy na naszych uczelniach. Jak wygląda taka współpraca?
– Kursy są organizowane co dwa lata, przyjeżdżam ze studentami jako wykładowca i opiekun grupy. Dotychczas jeździliśmy do Krakowa, w tym roku postanowiłam skorzystać z oferty Uniwersytetu Gdańskiego, z którym współpracuję już od prawie piętnastu lat – korzystając z okazji chcę serdecznie pozdrowić Wydział Historii, a szczególnie profesor Annę Mazurkiewicz! Studentom Gdańsk i całe Trójmiasto bardzo się podobało. Mi też, ponieważ mogłam zrealizować wiele lekcji muzealnych – ciągle gdzieś chodziliśmy, analizowaliśmy architekturę miast, historię.
– Jaki jest wspólny mianownik doświadczeń twoich kanadyjskich studentów, którzy przyjeżdżają czy to do Krakowa, czy teraz do Gdańska? Czy przeżywają szok kulturowy, czy zmienia się jakoś ich wyobrażenie o Polsce, kiedy mają okazję jej doświadczyć?
– Studenci są zachwyceni. Byli zachwyceni i wtedy, kiedy w 2004 roku po raz pierwszy przyjechali do Polski, i są dziś. Ogromne wrażenie zrobiła na nich na przykład trójmiejska komunikacja miejska. W Winnipeg tzw. zbiorkom pozostawia dużo do życzenia, tymczasem w Polsce poruszanie się transportem publicznym było łatwe, a kolejki, autobusy, czy tramwaje czyste i punktualne. Trochę ich zwykle dziwi, że dzieci w wieku starszych klas szkoły podstawowej same jeżdżą do szkoły, czy na zajęcia dodatkowe, u nas na pewno byłyby wożone samochodem. Notorycznie żartują na temat Żabek, tego, że jest ich co nie miara, to w ich odczuciu jakiś fenomen. Studenci zwracają również uwagę na to jak Polki i Polacy elegancko się na co dzień ubierają. Mówili, że jak wrócą do domu, to chyba nigdzie już nie wyjdą w dresach! Zauważają też, że ludzie na ulicy, w galeriach sklepowych, czy tramwajach mają dość poważny wyraz twarzy, że często wyglądają surowo. Ale, jak tylko ich o coś zapytasz, natychmiast się uśmiechną i odpowiadają. To odwrotnie jak w domu, bo w Kanadzie najpierw jest pogodny wyraz twarzy, ale niekoniecznie idzie za nią podobna otwartość.

Odkrywanie i zachowanie historii Polonii Kanadyjskiej w Winnipeg poprzez badania, archiwa i muzeum.
– Poza pracą na uczelni, zajmujesz się też badaniem polskiej diaspory w Kanadzie. Badałaś m.in. archiwalne numery „Czasu”, najstarszego, już nieistniejącego polonijnego tygodnika w Kanadzie.
– Z „Czasem” z Winnipeg jestem związana od początku mojego pobytu w Kanadzie, przez dwa lata, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, byłam nawet redaktorką tego tygodnika. Były to trudne lata, brakowało nam środków, pracowaliśmy w redakcji niemalże jako wolontariusze. Przy okazji odkryłam wtedy niesamowite zasoby tego magazynu. Dzięki niemu poznałam Polonię, rozmawiałam z wieloma osobami, utrwalałam ich historię.
Później, kiedy uczyłam na uniwersytecie, „Czas” nie był już w stanie się utrzymywać, więc połączył się z innym polonijnym tygodnikiem, „Związkowcem”. Od tego czasu ukazuje się już w Toronto jako „Czas Związkowiec” a ja zaangażowałam się w ocalenie numerów archiwalnych. Pojawił się pomysł, by zdeponować je na Uniwersytecie Manitoba, gdzie są archiwa slawistyczne. Z biegiem czasu zaangażowaliśmy się w pisanie grantów, które umożliwiają digitalizację tych zbiorów. Dzięki temu „Czas”, niezwykła kopalnia wiedzy o Polonii w Kanadzie i w Winnipeg – tak historycznej, pokazującej jak Polska była widziana tu, jak i językowej, bo przecież można w nim przeczytać teksty choćby z początku XX wieku – jest teraz dostępny dla wszystkich poprzez stronę internetową Uniwersytetu. Warto przy okazji nadmienić, że jeszcze w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, Winnipeg było sercem i prawdziwym centrum życia polonijnego w Kanadzie. Nawet w tej chwili szacujemy, że mamy w mieście około 50.000 mieszkanek i mieszkańców deklarujących, że mają – pełne, bądź częściowe – polskie korzenie.

– Czyli nie może dziwić, że to właśnie w Winnipeg powstało Polish Canadian Museum and Archives.
– Muzeum powstało w 1985 roku. Na początku miało zbierać różne artefakty dotyczące Polonii i prowadzić warsztaty kulturowe, ale z biegiem lat wszystko to się bardzo zmieniło. W zeszłym roku nasza instytucja skończyła czterdzieści lat, teraz nie służy już tylko Polonii jest również otwarte na społeczność kanadyjską, po to, żeby rozwijać świadomość doświadczenia Polaków w Kanadzie, prezentować polską historię i nasze kulturowe dziedzictwo. Organizujemy wystawy, wykłady w języku angielskim i polskim, najróżniejsze warsztaty.
Maj jest miesiącem dziedzictwa kultury polskiej w Kanadzie. Z tej okazji zorganizowaliśmy jako muzeum warsztaty haftu polskiego. Wybrałyśmy konkretnie kaszubski. Haft jest teraz zresztą bardzo popularny wśród młodych Kanadyjczyków, to dla nich forma relaksu. Na nasze warsztaty zgłosiło się trzydzieści osób, panie, które je prowadziły były zachwycone. Najpierw opowiadały o historii, o metodach, jakich używa się w hafcie kaszubskim, później uczestnicy i uczestniczki warsztatów sami tego próbowali, fantastycznie się przy tym bawiąc. To jeden z przykładów misji Muzeum.
W ostatnich latach bardzo rozbudowywała się nasza część archiwalna. Mamy fantastyczne archiwa, na przykład archiwa Kongresu Polonii Kanadyjskiej oddział Manitoba. Jest to szczególnie przepiękna historia emigracji lat 80., która nie jest jeszcze porządnie, kompleksowo w Kanadzie opisana. Wśród naszych wolontariuszy i wolontariuszek są nie tylko pasjonaci, ale też profesjonaliści, na przykład osoba po studiach archiwistycznych. Opracowujemy materiały, które do nas trafiają, digitalizujemy je, udostępniamy badaczom.
– Co macie najcenniejszego w swoich zbiorach?
– Wszystko, co mamy mnie fascynuje, trudno wybrać coś konkretnego… Ale opowiem historię z 2018 roku. Nasz wolontariusz odebrał telefon od Kanadyjczyka z północy Manitoby, który powiedział, że jest w posiadaniu munduru z okresu II Wojny Światowej oraz dokumentów przyjaciela swojego ojca. Nie wie, czy ten człowiek jeszcze żyje, wyprowadził się dość dawno temu. Spytał, czy jesteśmy zainteresowani tymi artefaktami. Byliśmy, oczywiście!
Okazało się, że w kieszonkach munduru były zdjęcia, legitymacje wojskowe a także zaświadczenia o studiach medycznych w Edynburgu. Nasza archiwistka rozpoczęła pracę detektywa – z dokumentów wynikało, że mundur należał do pana Kulczyckiego. Odtworzyliśmy całą jego drogę: II Wojna Światowa, Armia Andersa, Wielka Brytania, studia medyczne, przyjazd do Manitoby, praca jako lekarz. Po nitce do kłębka – dzięki Facebookowi odkryliśmy, że pan Kulczycki żyje! Ma 106 lat, mieszka w domu seniora, w stanie Virginia. Nasza archiwistka skontaktowała się z jego córką, opowiedziała jej historię munduru ojca, na co ona poprosiła, byśmy go jej wysłali, bo chce go pokazać ojcu. Wysłaliśmy zatem mundur do miejscowości McLean w Virginii. Pan Kulczycki go przymierzył – pasował na niego po tych wszystkich latach! – córka zrobiła mu w nim zdjęcia, po czym odesłała go z powrotem do nas, bo uznali z ojcem, że to my powinniśmy być miejscem, gdzie ten mundur będzie zdeponowany. Było to niezwykle wzruszające.

Takich historii jest coraz więcej. Trafiają do nas przedmioty z Kolumbii Brytyjskiej, czy z Ontario. Ktoś do nas dzwoni i mówi, że sprzedaje dom, a w pudłach są rzeczy czy to po dziadku, czy po teściach, jakieś dokumenty, przedmioty osobiste. Nie chcą tego wyrzucać, ale nie chcą też trzymać tego u siebie w nieskończoność i tym sposobem trafia do nas na przykład siedemnaście kartonów, a my odkrywamy w nich absolutnie niesamowite historie. Chcemy docelowo udać się do każdej prowincji, spotkać się tam z Polonią, powiedzieć ludziom, żeby zamiast trzymać stare skarby na strychu bądź w piwnicy, przekazali je nam – my je przechowamy, zdigitalizujemy, uratujemy przed zniszczeniem.

Zrobiłam dwa duże projekty wywiadów z Polonią w Winnipeg, bo uznałam, że to, że naszej Polonii jest tak mało w kanadyjskiej historiografii, wynika z braku dostępu do źródeł, które są na przykład jedynie w języku polskim i są, bądź były, zdeponowane jeszcze do niedawna wyłącznie w polskich organizacjach. Podobnie rzecz wygląda z historią współczesną. Wywiady, które przeprowadziłam są teraz zdeponowane u nas muzeum i w archiwach Manitoby i pozwalają kanadyjskim czy też polskim historykom zajmującym się Kanadą dotrzeć do potrzebnych im materiałów. Przy pierwszym takim projekcie rozmawiałam z dziećmi emigracji powojennej i pytałam ich o ich tożsamość, o dorastanie w bardzo specyficznej rodzinie polskiej w Kanadzie. Drugi projekt dotyczył emigracji lat 80., tego, kiedy przyjechali, dlaczego, jaka była ich droga i doświadczenia już tu na miejscu.
– Byłaś kuratorką wystawy polskiej szkoły plakatu. Jaki był odbiór tej wystawy, bo te plakaty są często mocno metaforyczne.
– Fascynuje mnie polska szkoła plakatu. Dużo czytałam na jej temat, używam też plakatów podczas zajęć ze studentami, żeby im opowiedzieć pewne rzeczy. Podczas wystawy w muzeum ważny był wykład, bo trzeba było tym plakatom nadać pewien kontekst. Razem z publicznością kanadyjską odczytywaliśmy ukryte znaczenia, patrzyliśmy na różne przemycane na nich symbole. Na przykład plakat do filmu Wajdy „Człowiek z żelaza” – główny bohater pokazany jest z nakrętką śrubki, którą mu się dokręca, aż ta śrubka trochę pęka. I pewne rzeczy trzeba było publiczności wyjaśnić, uświadomić jak działała cenzura w czasie komunizmu – powiedzieć czegoś, napisać lub pokazać w filmie nie można było, natomiast polska publiczność nauczyła się interpretować symbole wizualne, które z kolei cenzorzy bardzo często przepuszczali.


Kanadyjska literatura i kultura w kontekście trudnych historii.
– To tradycja na Maple Corner, że pytam moich rozmówców o ich doświadczenie kanadyjskiej kultury popularnej. Czyją twórczość, jakie dzieła poleciłabyś czytelnikom i czytelniczkom bloga?
– Jedną z moich ukochanych pisarek jest pochodząca z Winnipeg Miriam Toews, której książki widziałam w polskich księgarniach. To jest trudna literatura, fikcja, ale głęboko autobiograficzna. Jej powieść Wszystkie me daremne żale zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, zwłaszcza to, jak autorka opisuje w niej kwestie zdrowia psychicznego. Warto też sięgnąć po Głosy kobiet, wstrząsającą historię, która doczekała się oscarowej ekranizacji, w której Toews rozkłada na czynniki pierwsze mentalność małych, bardzo religijnych wspólnot i dramatycznych okoliczności ucieczki z nich.
Inną moją ulubioną pisarką jest amerykańsko-kanadyjska Carol Shields, to już przedstawicielka starszego pokolenia. Jej najsłynniejsza, nagrodzona Pulitzerem powieść, The Stone Diaries, dzieje się w Manitobie, najpierw w niewielkiej miejscowości Tyndall, a później już w Winnipeg.
Muszę też koniecznie wspomnieć o Margaret Lawrence, która urodziła się w Neepawa w Manitobie i większość życia była związana z naszą prowincją. Jej powieść Kamienny anioł stała się przełomem w literaturze kanadyjskiej i kluczowym dziełem w jej karierze.
– Czy dostrzegasz podobieństwa między kulturą – pop lub nie – polską i kanadyjską?
– Podobieństwo, które widzę, to poszukiwanie tematów w historii, może nie bardzo odległej, ale w wydarzeniach, o których z różnych powodów nie można było wcześniej mówić, czy o nich pisać.
W polskich realiach mam tu na myśli wszelkie książki czy filmy o ziemiach tak zwanych odzyskanych i o stosunkach polsko-niemieckich. Jestem ze Szczecina, który jest inny niż tradycyjne polskie miasta – nie ma na przykład typowej starówki. Kiedyś polsko-niemiecka historia była tutaj zamiatana pod dywan, wiemy co robiono z cmentarzami, czy z nagrobkami. Teraz natomiast jest to nasza wspólna historia – są stawiane pomniki, co chwilę widzę plakat zapraszający na spacer po dawnym Szczecinie.
Dla mnie jest to szalenie budujące i wspaniałe, że piszemy o tamtych trudnych, historycznych doświadczeniach, to jest coś, czego ja się w szkole na historii nie uczyłam, o czym nie wolno było wtedy mówić. Tu to podobieństwo kanadyjskie jest takie, że teraz literatura, sztuki plastyczne, film, muzyka skupiają się na historii rdzennej ludności i jej kontaktach z osadnikami. Kiedy kilka lat temu ukazała się w Polsce fantastyczna książka Joanny Gierak-Onoszko 27 śmierci Toby’ego Obeda, to ja swoją kopię zwyczajnie zaczytałam po czym rozdawałam ją wszystkim polskim znajomym. Dla mnie w tej książce nie było rzeczy nowych, wiedziałam o tym, o czym pisała autorka, ale fakt opisania tego przez kogoś z zewnątrz, tak fantastycznym językiem, zrobił na mnie niebywałe wrażenie.
I to dzieje się teraz też w kanadyjskiej kulturze i sztuce. Na przykład bardzo podobają mi się obrazy, murale i instalacje artysty z plemienia Kri, Kenta Monkmana. To w tej chwili jeden z najważniejszych kanadyjskich artystów, który weryfikuje kolonialną historię Ameryki Północnej. Wszyscy się z tym mierzymy, to jest niesamowita lekcja tożsamości. Spotykam się z tym podczas prowadzenia badań naukowych dotyczących polskich osadników. Rozmawiam na przykład z wnukiem, czy prawnukiem, kogoś, kto przyjechał na przełomie wieków i ta osoba, teraz siedemdziesięcio, osiemdziesięcioletnia żali się, że jego przodkowie przybyli do Kanady, ciężko pracowali karczując ziemię pod uprawy, wycinając las, wyciągając kamienie z gleby, żeby ta była uprawna, a teraz mówi się o nich, że są oprawcami, że zabrali czyjąś ziemię, zniszczyli czyjąś kulturę. To jak te dwie strony, jak te dwa światy próbują weryfikować swoją tożsamość jest fascynujące, bo osadnicy przybywający z Europy Centralnej i Wschodniej byli tak naprawdę narzędziem w rękach tych anglosaskich kolonizatorów. To jest ten wspólny element, który widzę – zarówno w Polsce jak i w Kanadzie sięgamy w kulturze do tematów, których nie można było wcześniej ruszać. Bardzo mi się to podoba.







