The Tea Party

The Tea Party czyli fenomenalny kanadyjski zespół, który w swojej twórczości łączy klasycznego rocka o najlepszych, zeppelinowych korzeniach i wschodnią muzykę etniczną. Połączenie niemożliwe? Nie dla nich.

The Tea Party czyli fenomenalny kanadyjski zespół, który w swojej twórczości łączy klasycznego rocka o najlepszych, zeppelinowych korzeniach i wschodnią muzykę etniczną. Połączenie niemożliwe? Nie dla nich. W ciągu trwającej trzy dekady kariery, The Tea Party stali się jedną z najważniejszych rockowo-alternatywnych grup spod znaku Kraju Klonowego Liścia, doskonale znaną również w Australii i, w mniejszym stopniu, w Europie.

fot. Kate Nutt

Od razu uprzedzę, że jeśli chodzi o The Tea Party nie jestem i nie będę obiektywna. Już na wstępie przyznam, że mam absolutną, trwającą ponad dwie dekady fiksację na punkcie tej formacji, moich muzycznych bogów. W latach 2012-2016 założyłam i prowadziłam, przy współpracy z zespołem, polskie media społecznościowe grupy i, jak widać, ciągle robię, co mogę, aby odkryło ich jak najwięcej osób. 😉

Moja mała herbaciania kolekcja 😉

Dzięki mojej determinacji i zaangażowaniu, muzyka tria z Windsoru, Ontario, popłynęła w eterze ogólnopolskim – w Trójce (audycje Piotra Barona i Wojciecha Mann), Tok.FM (u Kamila
Wróblewskiego) – i lokalnym, m.in. w rozgłośniach w Łodzi, Kielcach i Gdańsku. Organizowałam eventy i konkursy promujące The Tea Party, publikowałam recenzje, artykuły oraz wywiady z członkami zespołu na
łamach natemat.pl, rockmetal.pl, machina.pl, magazynu Perkusista, Top Guitar ,The Teacher oraz trójmiejskiej Gazety Wyborczej. Pomogłam też w zorganizowaniu wywiadów z The Tea Party dla Metal Hammera i wspomnianego Top Guitar.

The Tea Party to gitarzysta i ogromnie charyzmatyczny wokalista Jeff Martin, perkusista Jeff Burrows oraz basista i klawiszowiec Stuart Chatwood. Dwóch Jeffów poznało się jeszcze w szkole podstawowej, Chatwood dołączył do nich w liceum. Już sama nazwa zespołu – nawiązująca do bitników, legendarnego amerykańskiego nurtu pisarzy i poetów z połowy XX wieku i kryptonimu, którego używali na swoje, bynajmniej nie herbaciane sesje wspólnego pisania i tworzenia – każe zwrócić uwagę na tę niebanalną formację. Ja dowiedziałam się o The Tea Party dokładnie dwadzieścia jeden lat temu, kiedy to trzy dni przed wylotem z Kanady trafiłam na program podsumowujący pierwszą dekadę istnienia zespołu, który zaserwowała swoim widzom kanadyjska stacja muzyczna Much Music. Można go obejrzeć na YouTubie:

Trio natychmiast przykuło moją uwagę bezkompromisowym stylem muzycznym i ambitnymi tekstami. Przed powrotem do Polski zdążyłam kupić płytę Transmission z 1997 roku. Słuchałam jej na discmanie non stop, przez całą podróż do domu i zakochałam się w tych chłopakach absolutnie na zabój. Transmission to moja ulubiona pozycja w dorobku Kanadyjczyków (polecana też swego czasu przez Nergala na łamach Teraz Rock), chociaż kocham każde ich wydawnictwo. Być może za Transmission przemawia dodatkowo sentyment pierwszego zetknięcia się z twórczością zespołu. Tekst będzie długi, ale będzie też obficie okraszony wspaniałą, niebanalną muzyką.

Nergal poleca „Transmission” The Tea Party na łamach magazynu Teraz Rock (lipiec 2011)

Od początku działalności The Tea Party wydali dziewięć albumów studyjnych oraz jeden koncertowy, które w sumie sprzedały się w ilości kilku milionów egzemplarzy – jedne źródła podają, że 2 miliony, inne, że ponad 4. Zadebiutowali, poniekąd, dwukrotnie. Najpierw, w 1991 roku pojawiło się niezależne demo Indie z surowymi, rockowo-bluesowymi kawałkami, które promował singiel „Let Me Show You The Door”. Krążek, wydany w ilości zaledwie 3500 sztuk, bardzo szybko się sprzedał i dzięki temu zespołowi udało się zwrócić na siebie uwagę wytwórni płytowych. Nie było łatwo, bo początek lat 90 to dominacja grunge’u i to głównie na ten nurt nastawiony był rynek i producenci. Na szczęście dostrzeżono unikatowość tworzonej przez Kanadyjczyków muzyki i wkrótce, dzięki umowie z EMI Canada, z którą zespół związali się na wiele lat, światło dzienne ujrzał ich pierwszy oficjalny krążek czyli Splendor Solis, na którym znalazło się też kilka utworów z Indie.

Splendor Solis promował utwór, który stał się absolutnym klasykiem The Tea Party, czyli mistyczne „The River”, którym do dziś bardzo często otwierają swoje występy. Muzyka na tej płycie to w największym skrócie fuzja bluesa („Sun Going Down”) i cięższego rocka („Certain Slant of Light”) okraszona mocnymi wpływami Led Zeppelin. Dźwięki są surowe, a teksty traktują o pogańskich i starożytnych wierzeniach (wspomniane „The River”, czy „Midsummer Day”). Z tej płyty pochodzi też kolejny klasyk zespołu, utwór „Save Me”, w trakcie której Martin gra na gitarze smyczkiem niczym Jimmy Page. Panowie ruszyli w trasy koncertowe po Kanadzie i Australii, zawitali również do Europy, a Splendor Solis zdobyło złote płyty zarówno w ich ojczyźnie jak i na Antypodach.

Mój osobisty faworyt z tego krążka, czyli „A Certain Slant of Light”:

Prawdziwy sukces The Tea Party odnieśli przy drugim albumie, uważanym za ich opus magnum , czyli fenomenalnym, jedynym w swoim rodzaju krążku The Edges Of Twilight. Ta płyta to dzieło sztuki, tu nie ma żadnych słabszych piosenek. To potężne emocje, niebagatelne instrumentarium, niesamowita artystyczna ekspresja i wręcz oszałamiająca obfitość artystycznych doznań .

Do najbardziej klasycznych piosenek z tego krążka należą singlowe „Fire In The Head”, „Sister Awake” i „The Bazar”, które są w ścisłej czołówce najbardziej znanych piosenek Kanadyjczyków. To, co jest niesamowite, co sprawia, że The Edges of Twilight jest dziełem absolutnie wyjątkowym i niezwykle dojrzałym artystycznie to brzmienie tego albumu. O ile na Splendor Solis motywy muzyki świata jeszcze ginęły pod ciężarem gitar i bluesowych aranżacji, o tyle na warstwę muzyczną The Edges… złożyła się niebagatelna ilość 31 instrumentów dosłownie z całego świata. Poza naturalnymi w muzyce rockowej gitarą, basem i perkusją, piosenki z tej płyty tętnią sitarem, sarodem, oudem, banjo, mandoliną, tamburynami, akordeonem oraz wszelkiego rodzaju bębenkami i całą gamą mniej znanych przyrządów muzycznych, które zespól sprowadził z Bliskiego Wschodu i Indii. I to działa! Pasuje do siebie idealnie! To właśnie na The Edges of Twlight, The Tea Party na dobre rozpoczęło romans z muzyką świata i od tej pory fuzja muzyki rockowej i etnicznej stała się wizytówką i wyznacznikiem ich twórczości. Ten genialny album zdobył podwójną platynę w Kanadzie, platynę w Australii i liczne nominacje do nagrody Juno . W warstwie tekstowej The Tea Party sięgnęli po literaturę wysoką. Są tu nawiązania do Szekspira (w utworze „Silence” pojawia się wołanie do Ofelii), w refrenie „Fire In The Head” jest wers z „Kwiatów zła” Charles’a Baudelaire’a, a w wielu innych kompozycjach słychać inspiracje mitologiami i wierzeniami przeróżnych kultur. Zespół odbył tournée po wspomnianych krajach oraz Europie i, pogrążony w mrocznych emocjach i doświadczeniach, postanowił zrobić sobie trochę dłuższą przerwę przed nagraniem następnej płyty.

Mostem łączącym „The Edges of Twilight” z następnym albumem stała się EP-ka “Alhambra” (1995) zawierająca jedną premierową piosenkę “Time”, w której gościnnie zaśpiewał Roy Harper, irlandzki wokalista folkowy, oraz pięć akustycznych wersji piosenek znanych z “The Edges of Twilight”. Płyta zawiera też wkładkę multimedialną w postaci fragmentów teledysków oraz krótkich filmów, na których zespół przedstawia używane przez nich egzotyczne instrumenty i opowiada o inspiracjach stojących za piosenkami. 

Rok 1997 zaowocował najbardziej agresywnym, gniewnym i najostrzejszym albumem w dyskografii zespołu, czyli moim faworytem – Transmission. Muzycy postanowili wzmocnić swoje brzmienie dodając mroczne, elektroniczne dźwięki, co stworzyło nietuzinkową hybrydę muzyki świata, rocka i atmosfery rodem z Nine Inch Nails i Depeche Mode. Pełne wściekłości piosenki takie jak otwierająca płytę „Temptation” (z przepotężną perkusją) , „Army Ants” (inspirowana powieścią Jewgienija Zamiatina pt. My, pierwowzoru orwellowskiego 1984), „Alarum” czy utwór tytułowy traktują kolejno o reżimach, absencji Boga, utracie człowieczeństwa, dystopii, krzywdzeniu kobiet. Jest to gniewny sprzeciw zespołu wobec tego, co uważają w świecie za złe i szkodliwe. Wszystkie piosenki mają surową barwę, cała płyta jest doskonale spójna i bezkompromisowa, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Ciekawostką jest to, że cały dochód ze sprzedaży singla „Release”, który jest prośbą mężczyzn o wybaczenie krzywd, jakie wyrządzali_ją kobietom od wieków, został w całości przeznaczony na rzecz White Ribbon Campaign, kanadyjskiej fundacji walczącej z przemocą mężczyzn wobec kobiet, założonej po masakrze na uczelni w Montrealu w 1989 roku. Transmission to bardzo mroczny album pełen złości, frustracji i bólu, ale też nadziei na lepsze jutro, której blask nieśmiało pobrzmiewa w zamykającym krążek utworze „Aftermath”. Warto nadmienić, że okładkę albumu zdobi obraz namalowany przez Stuarta Chatwooda zatytułowany „The Earth We Inherit”.

W 1998 roku zespół zorganizował po raz pierwszy charytatywny koncert na rzecz White Ribbon Campaign, co stało się coroczną wieloletnią tradycją. W trakcie tych imprez The Tea Party zapraszali wielu innych kanadyjskich muzyków do wspólnego grania swoich piosenek oraz coverów, a cały dochód z imprez zasilał konto WRC.

Po trasach koncertowych i rocznej przerwie zespół powrócił w zupełnie nowej artystycznej kondycji. Wydany w 1999 roku Triptych to album nieporównywalnie bardziej optymistyczny, łagodniejszy i pogodniejszy od swojego poprzednika. Nie ma tu już mroku jaki panował na Transmission. Singiel będący wizytówką nowego krążka, „Heaven Coming Down,” był pierwszym numerem jeden zespołu w Kanadzie, ich największym przebojem i ich piosenką, która przebiła się do mainstreamu stacji radiowych. Utwór zaczyna się pięknym dźwiękiem gitary imitującej bicie dzwonów, w teledysku ukazuje się napawające spokojem i optymizmem przepiękne błękitne niebo, a całość to po prostu zupełnie nowa jakość dla The Tea Party. Album jest powrotem do grania fuzji muzyki świata z rockiem („Samsara” – opowiadająca o obecnej w hinduizmie i buddyzmie wędrówce dusz, czy „The Halycon Days”), są piękne ballady („Taking Me Away” wyciśnie łzy chyba z każdego), nie ma natomiast śladu po mrocznej, depresyjnej elektronice. Po raz pierwszy na płycie The Tea Party pojawia się cover, ich wersja piosenki Daniela Lanois (słynnego kanadyjskiego producenta muzycznego, odpowiedzialnego m.in. za „The Joshua Tree” U2) czyli „The Messenger”.

Po dekadzie działalności, przyszedł czas na podsumowania. Much Music wyemitowało wspomniany przeze mnie na początku tekstu program, a do sklepów trafił krążek Tangents. The Tea Party Collection. Na płycie znalazło się piętnaście utworów, z czego cztery premierowe w tym kolejny cover, tym razem „Paint In Black” Rolling Stonesów (piosenka ta była najczęściej puszczanym utworem w kanadyjskich stacjach radiowych w roku 2000). Album otwiera „Walking Wounded”, dzieło jak na nagranie rockowe wręcz epickie, przy tworzeniu którego wykorzystano w sumie siedemdziesiąt dwa instrumenty (w tym orkiestrę symfoniczną). Sam album został bardzo atrakcyjnie wydany z bogatą książeczką, w której członkowie zespołu opisują inspiracje dla swoich piosenek oraz wspominają jakie okoliczności przyświecały ich tworzeniu i nagrywaniu w studio. Wraz z Tangents ukazało się DVD Illuminations z teledyskami podsumowującymi dotychczasową działalność The Tea Party z komentarzami zespołu, bogatą galerią zdjęć oraz filmem dokumentalnym o tworzeniu piosenki „Walking Wounded” i nagrywaniu do niej teledysku na Kubie.

Po zaledwie trzech tygodniach pracy w studiu nagraniowym, w 2001 roku zespół wydał album The Interzone Mantras, którego tytuł został zainspirowany zbiorem opowiadań Williama Burroughsa pt. Międzystrefa. Jest to dynamiczny, mocno rockowy krążek, otwierający nowy, bardziej komercyjny rozdział w twórczości The Tea Party, ale trzeba pamiętać, że nagrał go zespół na wskroś nietuzinkowy. Mamy więc nadal nawiązania do światowej literatury („The Master and Margarita”), świetne teksty, dynamiczną muzykę („Lullaby”) i elementy muzyki wschodniej (cudowna „Mantra”). Sprzedaż singla z utworem „Soulbreaking”, który dedykowany jest ofiarom molestowania seksualnego i powstał na bazie listu od fanki, jaki otrzymał Jeff Martin, zasiliła budżet WRC. Za Interzone Mantras The Tea Party otrzymali nominację do Juno w kategoriach album i zespołu roku. Ruszyli też w trasę koncertową, tradycyjnie już po Australii i Kanadzie, zawitali też na kilka festiwali do Europy.

Poza własnymi koncertami, zostali też zaproszeni do otworzenia siedmiu koncertów na kanadyjskiej trasie OzzFest i wzięli udział w odbywającym się w Adelajdzie i Perth festiwalu 'Big Day Out Festival’, gdzie zagrali u boku m.in. The White Stripes i The Prodigy.  Ale największym zaskoczeniem było tournée po Kraju Klonowego Liścia wraz z orkiestrą symfoniczną, tancerzami baletu i sopranistką. Trasa zawitała do Vancouver, Calgary, Toronto, Montrealu oraz Quebecu. Wydarzenie było tak ciekawym i ambitnym przedsięwzięciem, że zainteresowało się nim Discovery Channel Canada, które poświęciło mu program „The Science of a Rock Concert”, który pokazał jak „od kuchni” wygląda przygotowanie koncertu, w którym grają obok siebie zespół rockowy i orkiestra symfoniczna.

W czerwcu 2003 The Tea party zagrali koncert w ramach SARSfest w Toronto, który zorganizowano w ramach zbierania funduszy na walkę z ogólnoświatową epidemią zapalenia płuc. Impreza przyciągnęła ponad pół miliona widzów, a Kanadyjczycy znaleźli się wśród takich wykonawców jak The Rolling Stones, AC/DC, czy Rush. Panowie zagrali swoje klasyki, czyli „Temptation”, „Heaven Coming Down” oraz „Sister Awake” a cały ich występ można obejrzeć poniżej.

Jesienią 2003 panowie zaczęli nagrywać, jak się później okazało ostatni przed dłuższą przerwą, album pod okiem legendarnego kanadyjskiego producenta Boba Rocka, znanego doskonale ze współpracy m.in. z Metalliką. Owocem ich pracy była płyta Seven Circles, która w wydaniu limitowanym miała też multimedialną wkładkę z klipami pokazującymi członków zespołu podczas pracy nad płytą. Jest to najbardziej komercyjny krążek zespołu, a wielokulturowe brzmienie zostało tu mocno ograniczone na rzecz czystego rock’n’rolla. W różnych wywiadach zespół podkreślał, że wypuszczając bardziej dostępny album chciał zdobyć nowych fanów, którzy przy okazji sięgnęliby po ich wcześniejszą twórczość. Z Seven Circles pochodzą kapitalne, bardzo wpadające w ucho single „Writing’s On The Wall” i „Stargazer” oraz ballada „Oceans” – pożegnanie zespołu ze swoim wieloletnim managerem Steve’m Hoffmannem, który zmarł na raka płuc. Pojawia się też pierwszy duet, Jeff Martin śpiewa „Wishing You Would Stay” z kanadyjską wokalistką Holly McNarland. Kilka piosenek ma delikatnie wyczuwalny wschodni klimat („Luxuria”, „Coming Back Again”), ale daleko im pod tym względem do wcześniejszych nagrań.

Ostatnim wydawnictwem zespołu, przed prawie dziesięcioletnią przerwą w twórczości, było DVD The Tea Party Live and Interactive, czyli zapis koncertu i wywiadu z grupą w siedzibie Much Music w Toronto, który został nagrany w czasie promocji krążka Transmssion. W 2004 roku, z powodu różnic twórczych, zespół zawiesił działalność. Jeff Martin wyprowadził się do Australii i rozpoczął solową karierę (wydał kilka krążków pod własnym nazwiskiem oraz z nowym zespołem The Armada i projektem Jeff Martin 777), Stuart Chatwood poświęcił się m.in. tworzeniu muzyki do gier (np. seria Prince of Persia), a Jeff Burrows dołączył do kanadyjskiej supergrupy Crash Karma, prowadził program w windsorskim rockradiu i zaczął mocno udzielać się w lokalnej społeczności angażując się w całą masę charytatywnych akcji i inicjatyw m.in. w coroczny 24-Hour Drum Marathon oraz liczne zbiórki żywności dla potrzebujących.

The Tea Party kazali na siebie czekać osiem lat. W 2012 roku wrócili z trasą koncertową „The Reformation Tour” po Kanadzie i Australii, w czasie której grali set złożony ze swoich największych przebojów. Tournee miało wysondować, czy fani o nich nie zapomnieli, czy nadal na nich czekają. Trasa okazała się dużym sukcesem, został wydany jej zapis zarówno audio jak i wideo i formacja była gotowa nagrywać materiał na pierwszą od dekady studyjną płytę.

W 2014 roku ukazał się album The Ocean At The End, ósmy krążek w dorobku Kanadyjczyków. Jest to powrót do zeppelinowego brzmienia , chociaż, naturalnie pojawiają się też elementy wschodnie („Cypher”). Panowie kolejny raz sięgnęli o twórczość Daniela Lanois i nagrali cover jego utworu „The Maker”. Płyta jest dokładnie taka, jaka powinna być w przypadku The Tea Party – ambitna, niebanalna, rockowa i liryczna. Pierwszym singlem promującym The Ocean At The End jest „Water’s on Fire” i jest to też pierwszy teledysk, który zespół wypuścił od czasu „Oceans” z 2004 roku.

Kolejny singlami stały się „The Black Sea” oraz fantastyczny utwór tytułowy, na którym gościnnie na flecie zagrał Ian Anderson z Jethro Tull. Bardzo warto tej piosenki posłuchać z uwagi na doskonałe gitarowe solo. Ogromnie poruszający, piękny utwór.

Ostatnim jak dotychczas krążkiem w twórczości The Tea Party jest wydany w zeszłym roku Blood Moon Rising. Należy tu jednak zwrócić uwagę na fakt, że album ten został poza Europą wydany w formie dwóch EPek Black River oraz Sunshower. Europejscy fani otrzymali jedną płytę z materiałem z obydwu tych wydawnictw wraz z bonusami, dwoma coverami, które członkowie zespołu nagrali w czasie pandemii: „Isolation” (oryginalnie Joy Division) oraz „Everyday Is Like Sunday” (oryginalnie Morrissey). Wideo do „Isolation” powstało wiosną 2020 roku, na początku pandemii, gdy cały świat zatrzymał się w miejscu, a ludzie zostali w domach. Piosenka została nagrana a klip zmontowany w rozkroku między Jeffem Martinem w Australii i Jeffem Burrowsem oraz Stuartem Chatwoodem w Kanadzie (ale na dwóch jej różnych końcach). Efekt jest, moim zdaniem, świetny, teledysk doskonale uchwycił ten dziwny marzec, gdy wszystko opustoszało:

Innymi singlami z „Blood Moon Rising” zostały „The Beautiful”, „Black River” oraz bodajże najbardziej optymistyczny i słoneczny utwór w historii The Tea Party, czyli „Summertime”:

Wraz z innymi kanadyjskimi zespołami, Moist, The Headstones i Big Wreck The Tea Party mieli pojechać w trasę po Kraju Klonowego Liścia, ale projekt „Saints and Sinners Tour” po kilku przełożeniach z uwagi na obostrzenia covidowie został najpierw zawieszony i w końcu odwołany. Wielka szkoda, trasa była bardzo wyczekiwana, miała też dużą promocję w kanadyjskich mediach, m.in tym zabawnym filmikiem. Może jest szansa, że mimo wszystko dojdzie do skutku, byłaby to potężna dawka świetnej muzyki i ogromnej nostalgii dla fanów rocka w Kanadzie.

Póki co, The Tea Party będą tego lata bardzo zajęci. Trasa „Blood Moon Rising” urosła póki co do ponad 20 występów w Kanadzie, potem panowie zawitają do Australii i, podobno, jest szansa na trasę po Europie w 2023. Za nic chyba bardziej w tym momencie nie trzymam kciuków 😉

Nie ulega wątpliwości, że muzyczna fuzja jaką proponują Kanadyjczycy jest unikatowa i na przestrzeni lat pozwoliła im wypracować własny, niepowtarzalny styl, który oni nieco żartobliwie nazywają Moroccan Roll. Twórczości The Tea Party nie da się zaszufladkować jako grania charakterystycznego dla danej dekady, czy nurtu. Ich muzyka niesie za sobą oryginalność, ambitny przekaz i pozwala zetknąć się ze światową kulturą otwierając fanom uszy na muzykę świata. Grupa słynie z ambitnych tekstów, dla których bazą często są dzieła literatury światowej, poezja, religie i mitologie. A Jeff Martin to, moim subiektywnym zdaniem, jeden z najciekawszych wokalistów na świecie. Głosem i charyzmą spokojnie mógłby obdzielić niejednego rockowego wykonawcę, a i tak ciągle byłby najlepszy, taka prawa 😉 .

W 2015, w ramach Juno Week i towarzyszącemu mu JUNO Tour of Canadian Art, The Tea Party zaprezentowali instalację Bruegel-Bosch Bus autorstwa Kima Adamsa, pochodzącego z Edmonton artysty i rzeźbiarza. Jego stale rozrastające się dzieło ciągle można oglądać w galerii sztuki w Hamilton, Ontario (The Art Gallery of Hamiltion).

Na koniec polecam link do prawie półtoragodzinnego podcastu, w czasie którego czterech dziennikarzy muzycznych omawia całą dyskografię The Tea Party.

2 komentarze

  1. Bardzo dobre omówienie płyt. No i najważniejsze, czułem się nieco osamotniony do tej pory. W Polsce niewiele osób zna zespół. W radio, wiadomo, nie ma wcale. Nawet w typowo rockowych. Zespół, mimo kunsztu, wirtuozerii i świetnych kompozycji, nie ma szczególnie dobrej promocji w Europie.
    Zamawiając Splendor Solis w roku premiery pamiętam minę sprzedawcy, gdy pytałem go o zespół. Musiałem mu wyjaśniać tak; Wokal Jima Morrisona, muza okolice Zeppelin i Pearl Jam 🤣.
    Płyta wyszła 11 lipca w Kanadzie. Swój egzemplarz zamawiałem we wrześniu. Dotarł w listopadzie. 😅

    • Zdecydowanie mogę powiedzieć to samo, znalezienie kolejnego fana The Tea Party w Polsce to rzadkie zjawisko, ale jakże pożądane i jak cieszy! Teraz w dobie powszechnego Internetu i globalnych, internetowych zakupów, dosyć łatwo takie gratki jak dyskografia chłopaków uzupełnić, ale wtedy, na początku lat 2000 było to niemałe wyzwanie i wymagało porządnych fikołków opartych na beznadziejnych łączach, molestowaniu ludzi na fanowskich forach i czekaniu tygodniami na przesyłkę z zagranicy 😉 Ale warto było, jakież to są potem opowieści dla potomnych 🙂 A twórczość Tea Party warta była, i jest, każdego szukania i czekania 🙂 Wspaniały zespół, bardzo się cieszę, że również znasz i lubisz 🙂

Dodaj komentarz